Dzisiaj słońce wzeszło o 12:46, a zaszło o 14:39. Pod koniec nadchodzącego tygodnia dzień liczony od wschodu do zachodu będzie trwał niewiele ponad godzinę. Brak światła nie dokucza mi specjalnie. Nie chcę tu moralizować, ale mam taką teorię, że jak ktoś nie rusza tyłka z kanapy i o siebie nie dba, to depresja zimowa dopadnie go i za Kołem Podbiegunowym, i w Warszawie, i na południu Francji. Kiedy wychodzę rano na siłownię, na niebie świecą gwiazdy, czasami widać jeszcze trochę zorzy polarnej. Śnieg skrzypi pod butami. Tutaj ulic się nie soli i tylko miejscami wysypane są odrobiną żwiru dla lepszej przyczepności, więc śnieg wszędzie jest biały i całe miasteczko wygląda teraz bajkowo.
Od kilku tygodni nie mamy połączenia za światem drogą lądową z powodu kłopotów na przeprawie promowej na rzecze MacKenzie na południe od Inuviku. Od zawsze było tutaj tak, że prom kursował tak długo, jak pozwalała na to pogoda. Potem drogę zamykano na kilka tygodni, aż wszystko porządnie zamarzło i otwierano mosty lodowe. W tym roku lokalne władze eksperymentują z utrzymaniem kanałów w lodzie, aby przedłużyć sezon promowy. Niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem i prom utknął w krze, więc tak czy inaczej zostaliśmy bez dostaw na kilka tygodni. Więcej na ten temat tutaj. Co to dla nas oznacza w praktyce? Przede wszystkim wzrost cen wszystkiego, co musi być dostarczane drogą lotniczą - karton mleka kosztuje obecnie $13.50 (dla porównania na południu za ten sam karton mleka zapłacilibyśmy około $2.50), gorszy wybór i jakość świeżych produktów, opóźnienia w dostawach poczty i przesyłek. Dziś rano pojawiła się informacja, że przeprawa promowa ruszyła, więc czekamy z niecierpliwością na korowód ciężarówek niczym w świątecznych reklamach Coca Coli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz