W zeszły weekend, korzystając z ostatnich ciepłych dni, poszliśmy na spacer wokół pobliskiego jeziora oraz na miejscowy cmentarz. Groby tutaj są bardzo proste, zazwyczaj ograniczające się do białego, drewnianego krzyża, często z ręcznie malowanymi motywami charakterystycznymi dla tutejszej sztuki ludowej oraz ozdobione zdjęciami zmarłego i jego ulubionych zajęć. Poniżej parę zdjęć z tego spaceru.
niedziela, 27 października 2013
Ostatnie dni jesieni
Od czwartku leży u nas śnieg i wygląda na to, że jesień już nie wróci. W słoneczny dzień temperatury nadal oscylują w granicach zera, ale w nocy spadają już do prawie -10. Dni są coraz krótsze: dziś słońce wzejdzie o 10:48, a zajdzie o 6:25. Kiedy wychodzę z domu o 8 rano, jest jeszcze zupełnie ciemno, a na niebie świecą gwiazdy. Słońce przez cały dzień jest stosunkowo nisko nad horyzontem, przez co okulary przeciwsłoneczne są niezbędnym elementem garderoby (zwłaszcza teraz, kiedy leży śnieg). Z drugiej strony, dzięku temu przez cały dzień jest piękne światło do robienia zdjęć.
W zeszły weekend, korzystając z ostatnich ciepłych dni, poszliśmy na spacer wokół pobliskiego jeziora oraz na miejscowy cmentarz. Groby tutaj są bardzo proste, zazwyczaj ograniczające się do białego, drewnianego krzyża, często z ręcznie malowanymi motywami charakterystycznymi dla tutejszej sztuki ludowej oraz ozdobione zdjęciami zmarłego i jego ulubionych zajęć. Poniżej parę zdjęć z tego spaceru.
W zeszły weekend, korzystając z ostatnich ciepłych dni, poszliśmy na spacer wokół pobliskiego jeziora oraz na miejscowy cmentarz. Groby tutaj są bardzo proste, zazwyczaj ograniczające się do białego, drewnianego krzyża, często z ręcznie malowanymi motywami charakterystycznymi dla tutejszej sztuki ludowej oraz ozdobione zdjęciami zmarłego i jego ulubionych zajęć. Poniżej parę zdjęć z tego spaceru.
sobota, 19 października 2013
Czekając na zimę
Tegoroczna jesień jest wyjątkowo długa i ciepła. Wszyscy tutaj powtarzają nam, że to nie jest normalne i że często na Święto Dziękczynienia leży śnieg, a pod koniec października można jeździć po rzece na skuterze śnieżnym. Tymczasem teraz lód bywa w najlepszym wypadku rano na kałużach, a i to nie zawsze. Szufle do odśnieżania wymownie stoją już przed niektórymi domami. Od czasu do czasu popaduje deszcz i cała miejscowość płynie błotem; na niebrukowanych drogach koleiny są tak głębokie, że strach wjeżdżać, a drogi asfaltowe przykryte są śliską warstwą gliniastego błota nawiezionego przez samochody. Czyszczenie butów jest pracą syzyfową, podobnie jak próby utrzymania w czystości nogawek spodni. Dotychczas broniłam się rękami i nogami przed modą na kalosze, ale chyba wreszcie pęknę i sobie sprawię parę, bo tutaj to nie moda, tylko konieczność.
Ponieważ w Inuviku, tak jak wszędzie na świecie, ludzie narzekają na pogodę, to z jednej strony są zadowoleni z takiego stanu rzeczy (poza błotem), z drugiej wietrzą w tym jakiś podstęp. W lokalnej kawiarni słychać było dziś dużo komentarzy typu "teraz ciepło, a potem śnieg będzie leżał do końca czerwca", albo "to nie jest normalne, żeby w połowie października chodzić bez czapki i rękawiczek". Praktyczna lekcja relatywizmu klimatycznego.
![]() |
| źródło: www.wunderground.com |
czwartek, 17 października 2013
Pierwsze wrażenia
Jaki jest Inuvik? Przede wszystkim mały. Chodzenie wszędzie piechotą jest w Ameryce Północnej luksusem dostępnym dla nielicznych. Z jednego końca miasta na drugi idzie się w porywach 20 minut; chodnik jest tylko wzdłuż głównej ulicy, więc ogólnie chodzi się poboczem. Jako osoba wychowana w kraju, gdzie pieszy musi mieć oczy dookoła głowy, staram się chodzić "właściwą" stroną ulicy i jestem chyba jedyną osobą w miasteczku, która zwraca na to uwagę. Piesi chodzą nieśpiesznie prawie środkiem drogi, kierowcy cierpliwie omijają ich szerokim łukiem, o mandatach za przechodzenie w niedozwolonym miejscu nikt nie słyszał. Limit prędkości na terenie Inuviku wynosi 35 km/h. Jedyną osobą, która używa tu klaksonu, jest nasza sąsiadka z góry, która w ten sposób motywuje dzieci do szybszego wychodzenia z domu.
Na niespełna 3500 mieszkańców Inuvik ma imponującą liczbę taksówek: 30. Są tu one czymś na kształt transportu publicznego - kurs w dowolne miejsce w mieście kosztuje 6$.
Ze względu na wieczną zmarzlinę nie ma piwnic, a domy budowane są na palach. Z tego samego powodu wszystkie instalacje, które normalnie znajdują się pod ziemią, tutaj biegną na powierzchni, w tunelu zwanym utilidor. W nim mieszczą się też hydranty przeciwpożarowe. Przy miejscach parkingowych, na ścianach budynków są gniazdka elektryczne, aby przed odpaleniem samochodu w ciężkich mrozach można było podłączyć grzałkę oleju i grzejnik bloku silnika. Każdy samochód ma w tym celu wtyczkę dyndającą spod maski.
W Inuviku jest mnóstwo psów. Warunki, w jakich bytuje psia populacja, odzwierciedlają przekrój społeczny miasta. Są psy zadbane, domowe, ogródkowe, wybiegane i są psy, które większość życia spędzają przykute łańcuchem do budy. Nie ma tu tak naprawdę lepszych i gorszych dzielnic, bo wszędzie jest bezpiecznie, są za to dzielnice mniej i bardziej zadbane. Największym problemem wydają się być śmieci, których niestety jest pełno prawie wszędzie.
A ludzie? 3 słowa: otwarci, przyjaźni, hojni. Nie chcę tu lukrować, że jak zimno, ciemno i wszędzie daleko, to ludzie są dla siebie lepsi, bo Inuvik, jak każde miasto, ma swoje ciemne strony i boryka się z ogromem problemów społecznych, których korzenie sięgają głęboko w historię tego kraju; są to sprawy, których jako przyjezdna nie znam i nie rozumiem, i nie wiem czy kiedykolwiek będę się czuła w tej materii wystarczająco kompetentna, by zabierać głos na forum publicznym. A jednak ludzie są tu dla nas nic, tylko dobrzy, więc coś jest na rzeczy.
| Utilidor na tyłach budynków mieszkalnych |
wtorek, 15 października 2013
Akcent kulinarny
Pierwsze dni w Inuviku mijają nam na szukaniu pracy i rozpoznawaniu terenu. Jest tyle rzeczy, które chciałabym zobaczyć, zrobić, sfotografować, nauczyć się, zrozumieć i najogólniej rzecz ujmując ogarnąć, że chwilami żałuję, że mogę być na raz tylko w jednym miejscu. Dlatego do postów z cyklu "jak tu jest" muszę trochę ochłonąć, ale obiecuję na dniach zacząć wrzucać zdjęcia i trochę informacji.
Dziś popołudniu dostałam od mieszkającego dwa domy dalej sąsiada wielki kawał świeżo złapanej ryby. Spokojnie wystarczy nam na dwie obfite kolacje. Jakiej ryby? Powiedział, ale zapomniałam. Smacznej. W czasie krótkiej pogawędki nad rybim korpusem, który mój rozmówca sprawnie filetował, dowiedziałam się, że na karibu najłatwiej poluje się w sierpniu i wrześniu, w okresie jesiennej migracji, że w Inuviku mieszkają aktywni wielorybnicy, mający własną bazę wypadową na wybrzeżu Oceanu Arktycznego (ok. 100 km na północ stąd), oraz że przy tych cenach żywności importowanej z południa kraju nawet "dzieciaki z Greenpeace" mają wątpliwości co do wyższości produktów z supermarketu nad mięsem lokalnie upolowanym, o jakości nie wspominając.
Co do jakości mięsa, to muszę przyznać, że lokalna dziczyzna jest znakomita. Od przyjazdu spróbowałam karibu, łosia i wołu piżmowego. Łosia jadłam już kiedyś w Norwegii w postaci łośburgera, jednak czy to ze względu na formę podania, czy przez fakt, że było to w trakcie afteru po jakimś regatowym melanżu, łośburger zapadł mi w pamięć głównie ze względu na cenę, nie smak. Za to pieczeń z łosia, którą tu jadłam, była świetna. Jedną z najpopularnieszych w tym regionie ryb jest keta, odmiana arktycznego łososia - również przepyszna. Minone dni ogólnie były kulinarną rozpustą, gdyż w weekend wypadło kanadyjskie Święto Dziękczynienia i spędziliśmy dwa ostatnie wieczory w gościach u nowo poznanych znajomych. Podczas niedzielnej kolacji, odpowiadając na standardowe pytania o "typowy polski posiłek", powiedziałam pół żartem, pół serio, że w Polsce jak człowiek nie wyjdzie ze świątecznej imprezy najedzony i napity do nieprzytomności, to znaczy, że impreza była słaba. Nasi współbiesiadnicy zgodnie stwierdzili, że pod tym względem w Inuviku będę się czuła jak w domu. Po ostatnim weekendzie nie mogę się nie zgodzić.
Historia z zafoliowanymi prosiakami w Makro (tak, staram się być na bieżąco z polskimi aferami) pokazuje, że nawet mięsożercy żyją w głębokiej hipokryzji - szok, ludzie nagle odkryli, że bekon i kabanosy miały kiedyś oczka, uszka i ryjek. Dlatego zanim ktoś mnie zlinczuje (w komentarzach lub w myślach) za zachwyty nad dziczyzną, bo polowanie to zło, niech odpowie sobie na pytanie, co jest gorsze: pojedyncze odławianie zwierzyny dla mięsa, czy tak powszechna w cywilizowanym świecie hodowla przemysłowa ze wszystkimi jej atrybutami (trzymanie zwierząt w ścisku i zamknięciu przez całe życie, sterydy, antybiotyki i cała reszta). Smacznego i dobranoc.
| Dzisiejsza kolacja - ryba od sąsiada |
czwartek, 10 października 2013
Dempster Highway: Dawson City - Eagle Plains - Inuvik
Wyjechaliśmy z Dawson City rankiem 3 października zaopatrzywszy się w wodę i jedzienie, gdyż wiedzieliśmy, że do wieczora nie zobaczymy cywilizacji. Wjazd na Dempster Highway znajduje się około 40 km od Dawson; na rozstaju dróg straszy opuszczona stacja benzynowa i tablice informujące o braku służb ratunkowych na odcinku do granicy z Terytoriami Północno-Zachodnimi (czyli jakieś 450km bez możliwości wezwania karetki ani policji). Dzień przed wyjazdem sprawdziliśmy warunki na Dempster, upewniliśmy się, że znajdujący się w połowie drogi punkt serwisowy w Eagle Plains ma paliwo, oraz zarezerwowaliśmy skandalicznie drogi nocleg tamże. Bez wchodzenia w szczegółowe opisy, warunki na trasie podczas dwóch dni jazdy wahały się od słońca i prawie suchej nawierzchni, poprzez lód, śnieg i mgłę, a na błocie kończąc (mniej więcej w tej kolejności).
Krajobrazy na Dempster Highway wgniatały w ziemię. Czasami rozglądaliśmy się dookoła i nie do końca mogliśmy uwierzyć, że jesteśmy tam naprawdę. Nigdzie na świecie (na lądzie) nie doświadczyłam takiego poczucia bycia naprawdę daleko od wszystkiego. Przed wyjazdem przeczytałam na jakimś blogu, że na tej drodze jak nigdzie indziej ma się poczucie bycia małym, nieznaczącym punktem na powierzchni kuli ziemskiej. Zdecydowanie jest coś na rzeczy.
Z myślą o tym odcinku naszej podróży na północ zabraliśmy ze sobą 2 zapasowe koła, gdyż wieść gminna niesie, że ostry żwir i kamienie na Dempster przeżuwają opony; internet roi się od opowieści o kierowcach, którzy zabierają ze sobą nawet po 4 zapasowe koła. Ponieważ samochód był załadowany do bólu, planowaliśmy jechać tak wolno, jak to będzie niezbędne, aby nie zostawić podwozia na jakiejś dziurze. Dodatkową motywacją do rozsądnej jazdy był fakt, że nasze pełnowymiarowe zapasowe koło i lewarek były pod podłogą bagażnika, przywalone tonami gratów (Tetris w realu - 2 dni pakowania) i zmiana koła oznaczałaby wypakowanie, a nastepnie zapakowanie wszystkiego z powrotem gdzieś na poboczu. Po drodze widzielismy więcej samochodów, niż się spodziewaliśmy (pierwszego dnia 14, drugiego nieco więcej), przy czym większość z nich stanowiły pick-upy i traktory służb drogowych, starających się na bieżąco łatać i utwardzać nawierzchnię. Przez cały czas było dość mokro, dzięki czemu samochody nie wzniecały tumanów kurzu, co jednak miało swoją cenę - prognozy drogowe ostrzegały przed miękkimi, osuwającymi się poboczami, a niektóre sekcje trasy tonęły w błocie.
Jakość drogi była zmienna: jedne odcinki były równe jak stół bilardowy, na innych musieliśmy zwalniać do 20-30km/h i jechać slalomem między głębokimi dziurami. Często nie było "dobrej" części drogi i trzeba było wybierać mniejsze zło i celować w najmniejsze dziury. Nie do przecenienia było doświadczenie Kolina w prowadzeniu samochodu w trudnych warunkach. Ja jako względnie świeży kierwoca mogę śmiało powiedzieć, że Dempster Highway była jak nauka pływania przez wrzucenie na głęboką wodę. Często nie było gdzie się zatrzymać, aby zmienić się za kierwonicą, więc w dwa dni przeszłam chrzest bojowy w jeździe po górach, śniegu i lodzie. Slalom między dziurami utrudniała często gęsta mgła, przez co nadjeżdżające samochody (również jadące najlepszą częścią drogi) było widać dopiero z bliska.
Na jednym z postojów zauważyliśmy po obu stronach drogi świeże ślady sporego niedźwiedzia, najprawdopodobniej grizzly. Z jednej strony frajda, z drugiej jednak człowiek się rozejrzy dwa razy, zanim zejdzie z drogi za potrzebą.
Pod wieczór, przejechawszy 40km po asfalcie i 370km po żwirze, błocie i lodzie dojechaliśmy do Eagle Plains. Na punkt serwisowy standardowo składał się niewielki hotel, stacja benzynowa, warsztat i restauracja/bar. Byliśmy chyba jedynymi "cywilami" spędzającymi tam noc - oprócz nas byli sami robotnicy pracujący przy okolicznych robotach drogowych. W przedsionku przy wejściu do hotelu znajdowały się półki, na których stały rzędy ubłoconych buciorów - w środku wszyscy śmigali w skarpetach. Ściany lobby i restauracji były pokryte zwierzęcymi skórami, porożami i wypchanymi zwierzętami; na środku sali widział ogromny żyrandol z łosich rogów - trochę straszno, strochę śmieszno. Między stolikami pałętał się towarzyski kundel imieniem Hemingway, podczas gdy jego pan - jeden z robotników - jadł kolację i popijał browara. O zmierzchu wyszliśmy na zewnątrz obejrzeć spektakularny zachód słońca. Na parkingu na tyłach hotelu znaleźliśmy zamarzniętą niedźwiedzią kupę.
Z Eagle Plains wyruszyliśmy bladym świtem. Do przejechania mieliśmy jeszcze 270km, w tym dwie przeprawy promowe. Na naszej trasie na ten dzień leżały dwie osady, zamieszkane głównie przez Pierwsze Narody - Fort McPherson (populacja 792) i Tsiigehtchic (populacja 143). 30km za Eagle Plains przekroczyliśmy koło podbiegunowe - Dempster Highway jest jedyną drogą w Ameryce Północnej, która przecina równoleżnik 66 stopni 33 minuty N; niedługo potem zostawiliśmy za sobą granicę między Yukonem a Terytoriami Północno-Zachodnimi.
Za przeprawą na rzece Peel zaczął się najgorszy odcinek drogi: głębokie dziury, błoto i fatalna widoczność. Po spędzeniu tygodnia w samochodzie telepanie się 20km/h będąc mniej niż 200km od celu było co najmniej frustrujące. Na niektórych odcinkach nawigowanie po drodze wymagało pracy zespołowej: Kolin wypatrywał dziur i starał się jechać po równym (albo najmniej dziurawym), ja patrzyłam do przodu i ostrzegałam go przed wynurzającymi się z gęstej mgły samochodami. Po najdłuższych kilkudziesięciu kilomentarch w naszym życiu dojechaliśmy do przeprawy promowej na rzece MacKenzie, położonej nieopodal Tsiigehtchic. Na tym etapie Jeep był już pokryty imponująco grubą warstwą gliniastego błota. Widoczność z wnętrza samochodu została ograniczona do tej części przedniej szyby, którą czyściły wycieraczki, a wysiadając należało pamiętać o zabraniu papierowych ręczników, aby móc później otworzyć drzwi od zewnątrz bez dotykania klamki.
Kiedy po prawie 750km wertepów wjechaliśmy na asfaltową drogę na obrzeżach Inuviku, oboje wydaliśmy z siebie jęk ulgi i zadowolenia. Dwa dni zajęło nam doprowadzenie samochodu do stanu używalności, z wydłubywaniem błota z kół patykami włącznie. Podsumowanie tych 7 dni w drodze w jednym słowie: niesamowite. Czy zrobilibyśmy to jeszcze raz? Na pewno. Nieśmiało myślimy już o wiosennej edycji.
| Ostatnie kilometry asfaltu |
| Kto rano wstaje, ten jedzie we mgle |
Krajobrazy na Dempster Highway wgniatały w ziemię. Czasami rozglądaliśmy się dookoła i nie do końca mogliśmy uwierzyć, że jesteśmy tam naprawdę. Nigdzie na świecie (na lądzie) nie doświadczyłam takiego poczucia bycia naprawdę daleko od wszystkiego. Przed wyjazdem przeczytałam na jakimś blogu, że na tej drodze jak nigdzie indziej ma się poczucie bycia małym, nieznaczącym punktem na powierzchni kuli ziemskiej. Zdecydowanie jest coś na rzeczy.
| Tombstone Mountain |
| Tombstone Mountain |
Z myślą o tym odcinku naszej podróży na północ zabraliśmy ze sobą 2 zapasowe koła, gdyż wieść gminna niesie, że ostry żwir i kamienie na Dempster przeżuwają opony; internet roi się od opowieści o kierowcach, którzy zabierają ze sobą nawet po 4 zapasowe koła. Ponieważ samochód był załadowany do bólu, planowaliśmy jechać tak wolno, jak to będzie niezbędne, aby nie zostawić podwozia na jakiejś dziurze. Dodatkową motywacją do rozsądnej jazdy był fakt, że nasze pełnowymiarowe zapasowe koło i lewarek były pod podłogą bagażnika, przywalone tonami gratów (Tetris w realu - 2 dni pakowania) i zmiana koła oznaczałaby wypakowanie, a nastepnie zapakowanie wszystkiego z powrotem gdzieś na poboczu. Po drodze widzielismy więcej samochodów, niż się spodziewaliśmy (pierwszego dnia 14, drugiego nieco więcej), przy czym większość z nich stanowiły pick-upy i traktory służb drogowych, starających się na bieżąco łatać i utwardzać nawierzchnię. Przez cały czas było dość mokro, dzięki czemu samochody nie wzniecały tumanów kurzu, co jednak miało swoją cenę - prognozy drogowe ostrzegały przed miękkimi, osuwającymi się poboczami, a niektóre sekcje trasy tonęły w błocie.
Jakość drogi była zmienna: jedne odcinki były równe jak stół bilardowy, na innych musieliśmy zwalniać do 20-30km/h i jechać slalomem między głębokimi dziurami. Często nie było "dobrej" części drogi i trzeba było wybierać mniejsze zło i celować w najmniejsze dziury. Nie do przecenienia było doświadczenie Kolina w prowadzeniu samochodu w trudnych warunkach. Ja jako względnie świeży kierwoca mogę śmiało powiedzieć, że Dempster Highway była jak nauka pływania przez wrzucenie na głęboką wodę. Często nie było gdzie się zatrzymać, aby zmienić się za kierwonicą, więc w dwa dni przeszłam chrzest bojowy w jeździe po górach, śniegu i lodzie. Slalom między dziurami utrudniała często gęsta mgła, przez co nadjeżdżające samochody (również jadące najlepszą częścią drogi) było widać dopiero z bliska.
Na jednym z postojów zauważyliśmy po obu stronach drogi świeże ślady sporego niedźwiedzia, najprawdopodobniej grizzly. Z jednej strony frajda, z drugiej jednak człowiek się rozejrzy dwa razy, zanim zejdzie z drogi za potrzebą.
| Ja vs. niedźwiedź |
| Ślady niedźwiedzia |
| Ślady zająca w dziewiczym śniegu na Oglivie Ridge |
| Oglivie Ridge. Miejsce nie z tej ziemi. |
| Oglivie Ridge |
Pod wieczór, przejechawszy 40km po asfalcie i 370km po żwirze, błocie i lodzie dojechaliśmy do Eagle Plains. Na punkt serwisowy standardowo składał się niewielki hotel, stacja benzynowa, warsztat i restauracja/bar. Byliśmy chyba jedynymi "cywilami" spędzającymi tam noc - oprócz nas byli sami robotnicy pracujący przy okolicznych robotach drogowych. W przedsionku przy wejściu do hotelu znajdowały się półki, na których stały rzędy ubłoconych buciorów - w środku wszyscy śmigali w skarpetach. Ściany lobby i restauracji były pokryte zwierzęcymi skórami, porożami i wypchanymi zwierzętami; na środku sali widział ogromny żyrandol z łosich rogów - trochę straszno, strochę śmieszno. Między stolikami pałętał się towarzyski kundel imieniem Hemingway, podczas gdy jego pan - jeden z robotników - jadł kolację i popijał browara. O zmierzchu wyszliśmy na zewnątrz obejrzeć spektakularny zachód słońca. Na parkingu na tyłach hotelu znaleźliśmy zamarzniętą niedźwiedzią kupę.
| Zachód słońca w Eagle Plains. Fot. K. Murray |
| Fot. K. Murray |
![]() |
![]() |
![]() |
Z Eagle Plains wyruszyliśmy bladym świtem. Do przejechania mieliśmy jeszcze 270km, w tym dwie przeprawy promowe. Na naszej trasie na ten dzień leżały dwie osady, zamieszkane głównie przez Pierwsze Narody - Fort McPherson (populacja 792) i Tsiigehtchic (populacja 143). 30km za Eagle Plains przekroczyliśmy koło podbiegunowe - Dempster Highway jest jedyną drogą w Ameryce Północnej, która przecina równoleżnik 66 stopni 33 minuty N; niedługo potem zostawiliśmy za sobą granicę między Yukonem a Terytoriami Północno-Zachodnimi.
| Koło podbiegunowe! |
| Richardson Mountains - biało |
| Przed nami Terytoria Północno - Zachodnie... |
| ...a za nami Yukon |
Za przeprawą na rzece Peel zaczął się najgorszy odcinek drogi: głębokie dziury, błoto i fatalna widoczność. Po spędzeniu tygodnia w samochodzie telepanie się 20km/h będąc mniej niż 200km od celu było co najmniej frustrujące. Na niektórych odcinkach nawigowanie po drodze wymagało pracy zespołowej: Kolin wypatrywał dziur i starał się jechać po równym (albo najmniej dziurawym), ja patrzyłam do przodu i ostrzegałam go przed wynurzającymi się z gęstej mgły samochodami. Po najdłuższych kilkudziesięciu kilomentarch w naszym życiu dojechaliśmy do przeprawy promowej na rzece MacKenzie, położonej nieopodal Tsiigehtchic. Na tym etapie Jeep był już pokryty imponująco grubą warstwą gliniastego błota. Widoczność z wnętrza samochodu została ograniczona do tej części przedniej szyby, którą czyściły wycieraczki, a wysiadając należało pamiętać o zabraniu papierowych ręczników, aby móc później otworzyć drzwi od zewnątrz bez dotykania klamki.
| Prom na rzece Peel |
| Po lewej rzeka MacKenzie i dojazd do przeprawy promowej, po prawej Tsiigehtchic |
| Ręczniczek? |
Kiedy po prawie 750km wertepów wjechaliśmy na asfaltową drogę na obrzeżach Inuviku, oboje wydaliśmy z siebie jęk ulgi i zadowolenia. Dwa dni zajęło nam doprowadzenie samochodu do stanu używalności, z wydłubywaniem błota z kół patykami włącznie. Podsumowanie tych 7 dni w drodze w jednym słowie: niesamowite. Czy zrobilibyśmy to jeszcze raz? Na pewno. Nieśmiało myślimy już o wiosennej edycji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



