poniedziałek, 30 grudnia 2013

Tuktoyaktuk vol.1

Wczoraj, wbrew męczącej nas od kilku dni grypie, pojechaliśmy do Tuktoyaktuk, liczacej około 900 mieszkańców miejscowości położonej na wybrzeżu Morza Beauforta, będącego częścią Oceanu Arktycznego. Nazwa Tuktoyaktuk (czyt. "taktojaktak") jest zanglicyzowaną wersją słowa w języku Inuvialuit oznaczającego "przypominajacy karibu". Powszechnie używa się skróconej nazwy Tuk. 

Ze względu na dużą liczbę zdjęć, relację z wyjazdu opublikuję w dwóch częściach. Chciałabym też na początek podzielić się odrobiną wiedzy popularno-naukowej, bo bez tego chyba trudno jest zrozumieć, jak bardzo odludne jest to miejsce (mam tu na myśli nie tylko Tuk, ale cały region). Terytoria Północno-Zachodnie zajmują obszar ponad czterokrotnie większy od Polski. Ten obszar liczy nieco ponad 43 000 mieszkańców, z czego prawie połowa z nich przypada na Yellowknife, stolicę terytorium. Dla porównania, na warszawskiej Pradze Północ według danych GUS mieszka około 72 000 osób. W czasie wczorajszej eskapady po raz kolejny uderzyło nas uczucie, że naprawdę jesteśmy na końcu świata. 










Trasa z Inuviku do Tuk liczy 187 km i w całości biegnie po drodze lodowej, najpierw na północ, do ujścia delty rzeki MacKenzie, a następnie na wschód, po zamarzniętym Morzu Beauforta. Nawierzchnia była raz lepsza, raz gorsza, ogólnie nieco bardziej wyboista od przeciętnego asfaltu. No i chyba nie muszę mówić, że było dość ślisko. Droga była odśnieżona, bardzo szeroka i dobrze oznakowana. 

Chcąc maksymalnie wykorzystać światło dzienne, wyjechaliśmy z Inuviku przed świtem - około godziny 11:00, zabierając jako pasażerki naszą sąsiadkę i jej mamę, która przyjechała na święta w odwiedziny. Poniższe zdjęcia dobrze pokazują to, jak wygląda dzień w czasie nocy polarnej. Trafiły nam się doskonałe warunki - było bezchmurnie i bezwietrznie, a temperatura oscylowała w okolicach -30 stopni.










Zdjęcie wykonane  o 11:40 - świt.

























Mniej więcej w połowie drogi między Inuvikiem i Tuk wyjeżdża się ponad linię drzew; na usta samo ciśnie się mocno nadużywane w literaturze tematu określenie "lodowa pustynia". Poza kępami suchych traw o tej porze roku naprawdę nie ma tam nic poza lodem i śniegiem. Jedynym urozmaiceniem krajobrazu są nieliczne pingos, charakterystyczne dla  obszarów pokrytych wieczną zmarzliną pagórki, utworzone (w dużym uproszczeniu) w skutek wypychania gruntu przez zamarzającą w głębszych warstawach ziemi wodę.










Na Morzu Beauforta.

























Kolin i nasze pasażerki. 















Pingos.





Okolice Tuktoyaktuk tradycyjnie były rejonem polowań na karibu koczowniczego ludu Inuvialuit, z którego do dziś wywodzi się większość mieszkańców miejscowości, oficjalnie powołanej do życia pod koniec lat 30. XX wieku jako port morski mający ułatwić transport dóbr do osad położonych w delcie rzeki MacKenzie. Tuk jest najdalej położonym na północ punktem w Kanadzie, do którego można dojechać drogą - chodzi oczywiście o drogę lodową, otwartą mniej więcej od połowy grudnia do połowy kwietnia. Przez resztę roku można tam dolecieć samolotem lub dopłynąć łodzią. W porównaniu z Inuvikiem, mającym względnie (podkreślam słowo "względnie") miejski, przemysłowy charakter, Tuk, otoczony z trzech stron zamarzniętymi wodami Oceanu Arktycznego, o tej porze roku wygląda jak hybryda wioski Świętego Mikołaja i ludzkiej osady na Księżycu.










W tle pingos, na pierwszym planie pas startowy lokalnego lotniska.






























To i dwa kolejne zdjęcia przedstawiają morze.














































czwartek, 26 grudnia 2013

Świątecznie

Ponieważ ostatnio spływają do mnie skargi, że zapuściłam bloga, postaram się wykorzystać przerwę świąteczną i trochę nadgonić z postami. No więc po kolei.

Wreszcie udało nam się zgromadzić cały (mniej więcej) nasz dobytek pod jednym dachem. Zdjęcie poniżej przedstawia nasze mieszkanie po rozładowaniu palety z książkami, meblami i innym dobrem, która dotarła do nas w zeszłym tygodniu, po długim oczekiwaniu na otwarcie drogi. Teraz jesteśmy już w pełni rozpakowani, urządzeni i umeblowani, można wpadać w odwiedziny. To, czego nam jeszcze brakuje, stopniowo dokupujemy na funkcjonującej na facebooku miejscowej giełdzie, gdzie można kupić dosłownie wszystko, od domowych wypieków, poprzez lokalne rękodzieło, świeżo upolowane zające i rosomaki, ryby, używane sprzęty domowe, meble, ubrania, skutery śnieżne, samochody, na usługach odśnieżania oferowanych przez lokalną dzieciarnię kończąc. Brak sklepów zdecydowanie nadaje rzeczom inną wartość. Inuvik jest w pewnym sensie miejscem tranzytowym, ze sporą rotacją mieszkańców, dzięki czemu w prawie każdy weekend ktoś wyprzedaje rzeczy z powodu przeprowadzki. O ile jednak bez trudu można tu dostać z drugiej ręki naczynia czy meble, to niektóre rzeczy trudniej zastąpić. Od niedawna chodzę w spodniach z przetartymi dziurami na tyłku, które zasłaniam długim swetrem i ze zgrozą myślę o pespektywie kupowania jeansów przez internet, tak jakby znalezienie dobrze pasującej pary w normalnim sklepie nie było wstarczająco trudne. No ale kto nie ryzykuje, ten nie żyje (albo chodzi w dziurawych gaciach), a nietrafiony zakup zawsze można opylić na facebooku.










Od prawie trzech tygodni słońce nie wychyla się ponad horyzont. Przez kilka godzin dziennie jest jasno jak w "normalny" dzień, tylko słońca nie widać. Przez większość dnia jest szaro-niebiesko i wcale nie jest depresyjnie, chociaż przyznam, że śniło mi się którejś nocy, że wzeszło słońce, po czym obudziłam się w egipskich ciemnościach i było mi trochę szkoda, że to słońce nie było naprawdę.

Dziś popołudniu pojechaliśmy obejrzeć psy zaprzęgowe znajomego. Po wstępnym oprowadzeniu po psiarni usiedliśmy w ogrzewanym kozą opalaną drewnem namiocie, gdzie nasz gospodarz opowiadał nam o psach, pokazywał uprzęże, przymilna suczka husky domagała się uwagi raz ode mnie, raz od Kolina, ogień trzaskał w kozie,  a na zewnątrz szczekała pozostała dwunastka psów. Po prostu magia. Psy były dużo mniejsze i drobniejsze, niż się spodziewałam. Podobno małe są szybsze i mniej zapadają się w śniegu, przez co mniej się męczą i są bardziej odporne na kontuzje. Asystowaliśmy przy wieczornym karmieniu; psy dostały ciepłą zupę składającą się z wywaru z koniny, psiej karmy, oleju rzepakowego, tłuszczu z kurczaka i tłuszczu z wieloryba. Pracujący pies zaprzęgowy w zimie potrzebuje w porywach do 10 tysięcy kalorii dziennie, z czego lwia część jest marnotrawiona na szczekanie, wycie i skakanie na ludzi - wszystkie psy były bardzo towarzyskie i domagały się uwagi, głaskania, drapania. Wskakiwały na budy i wtykały oszronione pyszczki prosto w nasze twarze.

Wczoraj byłam na świątecznej imprezie zorganizowanej przez sieroty bez rodzin z myślą o innych sierotach bez rodzin - była to bardzo wesoła i malownicza zbieranina ludzi, którzy z najróżniejszych powodów wylądowali w Inuviku i nie mieli z kim spędzić świąt. Kolin niestety odpadł z powodu choroby, więc ja stosownie do sytuacji zamarynowałam organizm w czerwonym winie, co by i mnie zaraza nie wzięła. Dziś, poza wycieczką do psiarni, leniuchowaliśmy w domu. Jutro z kolei do nas przychodzą znajomi, a w niedzielę jedziemy na wybrzeże Oceanu Arktycznego. I tak oto mijają nasze pierwsze święta w tym śmiesznym miejscu, gdzie słońce nie wschodzi, anteny satelitarne są skierowane równolegle do ziemi, cena kartonu mleka sezonowo zrównuje się z ceną butelki wina ze średniej półki, gdzie kupienie świeżej kolendry jest świętem, a dzień, w którym temperatura nie spada poniżej -25 nazywa się ciepłym.


































czwartek, 5 grudnia 2013

Wschód/zachód

Dzisiaj popołudniu słońce wyjrzało ponad horyzont po raz ostatni w tym roku - na całe 11 minut. Z tej okazji zabrałam ze sobą aparat do pracy i przez cały dzień strzelałam fotki. Wszystkie zdjęcia z czerwonymi chmurami zostały zrobione między godziną 12:00 i 13:00, a dwa ostatnie około 17:15. Następny raz słońce wzejdzie 6 stycznia.

Tutaj można zobaczyć time lapse dzisiejszego wschodu i zachodu. Ponieważ filmik jest bez dźwięku, polecam oglądanie do tej piosenki :).






























Prawdopodobnie najdziwniejsza rzecz, jaką można zobaczyć w grudniu w Arktyce