Wczoraj, wbrew męczącej nas od kilku dni grypie, pojechaliśmy do Tuktoyaktuk, liczacej około 900 mieszkańców miejscowości położonej na wybrzeżu Morza Beauforta, będącego częścią Oceanu Arktycznego. Nazwa Tuktoyaktuk (czyt. "taktojaktak") jest zanglicyzowaną wersją słowa w języku Inuvialuit oznaczającego "przypominajacy karibu". Powszechnie używa się skróconej nazwy Tuk.
Ze względu na dużą liczbę zdjęć, relację z wyjazdu opublikuję w dwóch częściach. Chciałabym też na początek podzielić się odrobiną wiedzy popularno-naukowej, bo bez tego chyba trudno jest zrozumieć, jak bardzo odludne jest to miejsce (mam tu na myśli nie tylko Tuk, ale cały region). Terytoria Północno-Zachodnie zajmują obszar ponad czterokrotnie większy od Polski. Ten obszar liczy nieco ponad 43 000 mieszkańców, z czego prawie połowa z nich przypada na Yellowknife, stolicę terytorium. Dla porównania, na warszawskiej Pradze Północ według danych GUS mieszka około 72 000 osób. W czasie wczorajszej eskapady po raz kolejny uderzyło nas uczucie, że naprawdę jesteśmy na końcu świata.
Trasa z Inuviku do Tuk liczy 187 km i w całości biegnie po drodze lodowej, najpierw na północ, do ujścia delty rzeki MacKenzie, a następnie na wschód, po zamarzniętym Morzu Beauforta. Nawierzchnia była raz lepsza, raz gorsza, ogólnie nieco bardziej wyboista od przeciętnego asfaltu. No i chyba nie muszę mówić, że było dość ślisko. Droga była odśnieżona, bardzo szeroka i dobrze oznakowana.
Chcąc maksymalnie wykorzystać światło dzienne, wyjechaliśmy z Inuviku przed świtem - około godziny 11:00, zabierając jako pasażerki naszą sąsiadkę i jej mamę, która przyjechała na święta w odwiedziny. Poniższe zdjęcia dobrze pokazują to, jak wygląda dzień w czasie nocy polarnej. Trafiły nam się doskonałe warunki - było bezchmurnie i bezwietrznie, a temperatura oscylowała w okolicach -30 stopni.
| Zdjęcie wykonane o 11:40 - świt. |
Mniej więcej w połowie drogi między Inuvikiem i Tuk wyjeżdża się ponad linię drzew; na usta samo ciśnie się mocno nadużywane w literaturze tematu określenie "lodowa pustynia". Poza kępami suchych traw o tej porze roku naprawdę nie ma tam nic poza lodem i śniegiem. Jedynym urozmaiceniem krajobrazu są nieliczne pingos, charakterystyczne dla obszarów pokrytych wieczną zmarzliną pagórki, utworzone (w dużym uproszczeniu) w skutek wypychania gruntu przez zamarzającą w głębszych warstawach ziemi wodę.
| Na Morzu Beauforta. |
| Kolin i nasze pasażerki. |
| Pingos. |
Okolice Tuktoyaktuk tradycyjnie były rejonem polowań na karibu koczowniczego ludu Inuvialuit, z którego do dziś wywodzi się większość mieszkańców miejscowości, oficjalnie powołanej do życia pod koniec lat 30. XX wieku jako port morski mający ułatwić transport dóbr do osad położonych w delcie rzeki MacKenzie. Tuk jest najdalej położonym na północ punktem w Kanadzie, do którego można dojechać drogą - chodzi oczywiście o drogę lodową, otwartą mniej więcej od połowy grudnia do połowy kwietnia. Przez resztę roku można tam dolecieć samolotem lub dopłynąć łodzią. W porównaniu z Inuvikiem, mającym względnie (podkreślam słowo "względnie") miejski, przemysłowy charakter, Tuk, otoczony z trzech stron zamarzniętymi wodami Oceanu Arktycznego, o tej porze roku wygląda jak hybryda wioski Świętego Mikołaja i ludzkiej osady na Księżycu.
| W tle pingos, na pierwszym planie pas startowy lokalnego lotniska. |
| To i dwa kolejne zdjęcia przedstawiają morze. |

Świetna wyprawa! Miło poczytać relację i obejrzeć zdjęcia z tego odludnego pustkowia. A wpisując polską nazwę "Taktojaktak" podczas emisji "Na lodowym szlaku", gdzie kierowca Alex Debogorski przewozi ładunki po zamarzniętym morzu, nie spodziewałem się wiele. A tu proszę ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Krzysiek