Coraz trudniej ostatnio jest mi wygospodarować czas na blogerzenie i robienie zdjęć. Po pierwsze, dzień jest coraz krótszy (obecnie około 5,5h) i wszystkie cenne godziny światła dziennego spędzam w pracy. Po drugie, mam teraz dwie prace, plus wynajduję sobie różne zajęcia poboczne, więc na nadmiar wolnego czasu nie narzekam. Korzystając z dnia świątecznego, postanowiłam nadrobić zaległości.
Gdzie pracuję? Dzielę mój dzień pomiędzy pracę za barem i pracę za biurkiem. Praca nr 1 okazała się być świetnym sposobem na zawieranie znajomości i rozkmnienie lokalnego who is who. Poza tym daje mi dostęp do jedynego w promieniu tysięcy kilometrów włoskiego ekspresu do kawy, więc nie jestem skazana na północnoamerykańską lurę z dripa. Praca nr 2 jest krokiem w kierunku działania w sektorze, z myślą o którym wyruszałam na północ, oraz łączy moje prospołecznikowskie ciągoty i zainteresowanie zrównoważonym rozwojem. Tak więc jest nadzieja, że będę rozwijać moje studenckie zajawki w "prawdziwym świecie" - w dzisiejszych czasach chyba przywilej nielicznych, zwłaszcza w grupie z wykształceniem humanistycznym.
Mamy zimę i chociaż temperatury nadal są powyżej średniej dla tej pory roku, mieliśmy już parę dni, kiedy było poniżej -20. Zdarzały się też poranki, które zaczynałam od szuflowania śniegu przed domem, ale wszyscy dookoła powtarzają mi, że jeszcze nic nie widziałam i jak naprawdę przyjdzie zima, będę tęsknić za -20. Rzeka MacKenzie jest skuta lodem, co bardziej wyrywni wypuszczają się już na nią na skuterach śnieżnych, które tutaj są tym, czym motocykle w Warszawie - trochę środkiem transportu, a trochę zabawą robiącą dużo hałasu w nocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz