środa, 11 września 2013

Wio!


Miniony weekend spędziliśmy w Kananaskis, na przedgórzu Gór Skalistych. Jest to miejsce godne polecenia dla każdego, kto uważa, że Alberta to tylko denne miasta i pola naftowe, bo jest tam po prostu obrzydliwie pięknie, można potknąć się o łosia, niedźwiedzia, o jeleniach wszelkiej maści nie wspominając. Kolega Kolina z czasów licealnych ma parę koni na farmie niedaleko Calgary. W sobotę rano zapakowaliśmy je do przyczepki i we trójkę (plus 2 konie) ruszylismy na "kemping dla koni", czyli położone w lesie pole namiotowe ze stajnią. Przez prawie cały dzień lało.  

Podczas gdy ja mokłam w siodle, Kolin miał swoją własną przygodę. Zwiedzając rozległy kemping natknął się na mężczyznę w myśliwskim moro, ukradkiem wrzucającego do śmietnika nogi jakiegoś zwierzaka. Ponieważ sezon myśliwski zaczyna się dużo później, a myśliwi są zobowiązani do zgodnego z przepisami utylizowania resztek zwierzyny (wrzucenie ich do kosza na polu namiotowym, gdzie nie wolno w namiotach trzymać jedzenia, żeby nie wabić niedźwiedzi, jest raczej słabym pomysłem), Kolin zanotował numer rejestracyjny samochodu myśliwego, zgłosił sprawę strażnikom i przez całe popołudnie pałał dumą, że przydybał kłusownika. Strażnik zajmujący sie tą sprawą był na tyle miły, że wieczorem podjechał do nas dać znać, jak się sprawa potoczyła. Nogi okazały się należeć do łosia; myśliwy został namierzony na podstawie numeru rejestracyjnego. Nie był jednak kłusownikiem, a Indianiniem o statusie registered Indian, czyli autochtonem wpisanym do narodowego rejestru "prawdziwych" Indian, którym przysługują inne prawa, w tym w niektórych przypadkach prawo do polowania poza wyznaczonymi sezonami łowieckimi. Prawa te, do których należą także ulgi podatkowe, dofinansowanie na kwatery mieszkalne na terenie rezerwatów oraz dodatki na edukację mają na celu ochronę dziedzictwa kulturowego i tradycji Indian oraz zwalczanie wykluczenia społecznego. Kultura indiańska jest głęboko zakorzeniona w użytkowaniu ziemi, w tym także polowaniu, przez co narzucenie sztucznych sezonów łowieckich jest pozbawianiem jej fundamentalnego elementu.



































Szczęśliwie pod wieczór przestało padać, więc mogliśmy posiedzieć przy ognisku. Ponieważ zapomnieliśmy paliwa do kuchenki turystycznej, na kolację zjedliśmy piwo, beef jerky (suszoną wołowinę - smakuje lepiej niż brzmi) i s'mores (kto nie wie co to jest, odsyłam do pierwszego posta na tym blogu). Było ciemno, zimno i mokro, w oddali wyły kojoty - wyprawa do latryny z latarką była trochę jak Blair Witch Project, tym bardziej, że tutaj jest już zdecydowanie po sezonie i kemping był prawie pusty. Za to rano było już tak, jak na zdjęciach poniżej.











Szufelmistrz.             Fot. K. Murray




Fot. K. Murray




Fot. K. Murray









Po odstawieniu koni na farmę w niedzielę wczesnym popołudniem, ruszyliśmy do domu dłuższą drogą, na wschód od autostrady łączącej Calgary z Red Deer, w stronę granicy z prowincją Saskatchewan. Jest pora żniw, co daje złudne wrażenie, że jest sierpień, a nie połowa września. Trudno uwierzyć, że za miesiąc będziemy lepić bałwany w Inuviku. Tam pierwszy śnieg spada mniej więcej na początku października.

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz