W oczekiwaniu na przeprowadzkę zaczęłam szukać sobie tymczasowej pracy tu na miejscu, głównie z myślą o zgromadzeniu dodatkowych środków na zakup wyposażenia na naszą arktyczną eskapadę. Dla niewtajemniczonych, nasza docelowa meta w Kanadzie leży 200 km za kołem podbiegunowym. Obecnie nie mam nawet kalesonów i w moich zimowych ciuchach z Warszawy mogłabym zostać stylową mrożonką (żyj szybko, zamarznij młodo, pozostaw dobrze ubrane zwłoki), ale nie po to tu przyjechałam.
"Pokaż mi ogłoszenia o pracy, a powiem ci, kim jesteś" - oto jak szybko dowiedzieć się czegoś o mieście, o którym wiesz niewiele. Trzy hasła klucze: ropa naftowa, fast foody, centra handlowe. Aby żyć w Red Deer jak pączek w maśle, najlepiej pracować w przemyśle naftowym i pokrewnych mu branżach. Wiedziałam, że trzeba było zostać spawaczem. Ewantualnie księgową, bo ktoś musi liczyć tę grubą kasę, robioną kosztem środowiska naturalnego, którą później wytatuowani kolesie wydadzą na wypasione półciężarówki i tipsy dla swoich blondyn. Oprócz tego są liczne oferty pracy w fast foodach i sklepach typu box stores. Za to o etat kelnerki trudno, bo w większości przybytków gastronomicznych odchodzi się tu od kasy z tacą, ewentualnie odjeżdża od okienka samochodem, jeżeli ktos przedkłada zacisze własnego auta nad food court w centrum handlowym. A w fast foodzie pracować nie będę, bo nie mogłabym spać po nocach z powodu wyrzutów sumienia powodowanych proponowaniem zestawu powiększonego o frytki XXL ludziom śmiertelnie otyłym. Tak więc pozostaję na razie bezrobotnym humanistą i staram się skupiać na poszukiwaniu pracy w Inuviku. Tam też nie jest łatwo, bo wiele stanowisk, na które prowadzony jest nabór ma ograniczenie for residents only, czyli trzeba być mieszkańcem Inuviku, żeby móc się o dane stanowisko ubiegać. Niewykluczone więc, że pojedziemy tam bez niczego załatwionego z góry i będziemy szukać na miejscu.
W Kanadzie o poprawność polityczną człowiek potyka się na każdym kroku, a już zwłaszcza przy poszukiwaniu pracy. Po pierwsze, musiałam usunąć ze swojego CV zdjęcie oraz datę i miejsce urodzenia, gdyż tutaj uchodzi za niestosowne umieszczanie "takich rzeczy" na curriculum vitae - dział HR nie powinien sugerować się aparycją ani metryką kandydata. W takich chwilach czuję się jak barbarzyńca ze Starego Świata i przypominam sobie, jak przeglądałam CV kandydatów na staż w wiadomym klubie w Warszawie, jadąc najpierw "po ryjach", a potem po kwalifikacjach. I jak dyskutowałam te CV ze współpracownikiem, który o każde CV od kobiety pytał "a ładna?". Po drugie, pod ogłoszeniami wielu firm znajdują się klauzule o równym traktowaniu bez względu na płeć, kolor skóry, przynależność etniczną, religijną etc. Z jednej strony to dziwi, bo przecież oczywista oczywistość, z drugiej, biorąc pod uwagę, że sama mam wśród polskich znajomych osoby, które używają słowa "Żyd" jako obelgi, to może jednak to nie dla każdego jest oczywiste. Może to jest niezgrabny i asekurancki, ale jakiś sposób na utrzymanie międzykulturowego kotła, jakim jest Kanada, w równowadze.
Oczywiście jest też druga, absurdalna strona tego medalu, której najjaskrawszym przykładem jest rugowanie z języka słów uważanych za niepoprawne politycznie. Strzeżcie się, Bracia Polacy, używania w rozmowie z Kanadyjczykiem bezpośrednich tłumaczeń słów takich jak Indianin czy Eskimos. Indian nie wypada nazywać Indians; zamiast tego bezpieczniej jest powiedzieć First Nations, Indigenous People. Słowo Eskimo zastąpcie określeniem Inuit People. Zapomnijcie indiańskie słówka, które wynieśliście w dzieciństwie z komiksów o Lucky Luke'u i kręconych we Włoszech filamch o Winnetou. Powszechnie używane tam słowo squaw, czyli kobieta, jest tutaj uznawane za obelgę o charakterze seksualnym. Co jest absurdem, na który nie godzą się sami Indianie (pardon - Pierwsze Narody), bo biali ludzie i tak zrobili im dużo złego, a teraz jeszcze w ramach zadośćuczynienia i ochrony próbują zakazywać słów z ich rodzimego języka. O tym można poczytać szerzej tutaj. Jednocześnie w obiegu pełno jest artefaktów z czasów poprzedzających paranoję poprawności politycznej, jak choćby zamieszczony przez mnie kiedyś na facebooku krótki film domumentalny How to build an igloo z 1949 roku, wyprodukowany przez National Film Board of Canada. W filmie tym słowo Eskimo pada w co drugim zdaniu, ale już we współczesnym opisie tejże produkcji czytamy: "Two Inuit men in Canada's Far North...".
Pośrodku tego bałaganu są jeszcze "prawdziwi Indianie" z Indii, których nazywa się East Indians i to już jest ok. Kiedy w rozmowie ktoś rzuci słowo Indian i nie wiemy, o kogo mu chodzi, zawsze można dopytać "piórko czy kropka"? I już wszystko jasne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz