poniedziałek, 23 września 2013

Na walizkach



Albo raczej na pudłach. Podstawowa zasada pakowania - żadnych wolnych przestrzeni. Skarpetki w czajniku, spodnie w patelni, ręczniki w tacce ze sztućcami, koszulki i kosmetyki w garnkach. Dla oszczędności miejsca i wyciszenia ewentualnego grzechotania w bagażu; przybory kuchanne podskakujące przez tydzień w bagażniku mogłyby doprowadzic nas do szału, zwłaszcza na niebrukowanym odcinku trasy. Do tego przygotowanie samochodu: 2 zapasowe koła, kanister na paliwo, wymiana wszystkich "soków" na te przystosowane do ekstremalnie niskich temperatur, grzałka do oleju. W piątek cholera nie chciała odpalić, na szczęście okazało się, że to nic poważnego ani kosztownego. Przyznam, że widok naszego samochodu na lawecie tydzień przed wyjazdem w trasę liczącą ponad 3500 km nie był najbardziej optymistyczny, ale zawsze lepiej dowiedzieć się o usterce tydzień przed niż w trakcie.





Niedobrze





Bardzo ciepłe nóżki 





Poprzez łańcuszek znajomych znajomych udało nam się nawiązać kontakt z paroma osobami w Inuviku, załatwić mieszkanie, a nawet dostać wstępne propozycje pracy. Tak jak podejrzewaliśmy, większość tego typu warościowych informacji rozchodzi się tam pocztą pantoflową i nie sposób do nich dotrzeć, nie będąc na miejscu lub nie mając tam kontaktów. W Inuviku jest jedna agencja nieruchomości, ale ma ona raczej słabą opinię w internetach (główne zarzuty to niski standard mieszkań, imprezowi sąsiedzi, konieczność podpisania kontraktu na minimum 6 miesięcy), więc bardzo zależało nam na wynajmie od osoby prywatnej. Lokum jest wprawdzie nieumeblowane, ale na miejscu kwitnie handelek używanymi rzeczami, jest nawet poświęcona wyłącznie temu grupa na facebooku, na której jest prawie całe miasteczko, więc umeblujemy się już we własnym zakresie.  Poza tym dowiedzieliśmy się, że warto przywieźć ze sobą środki czystości, kosmetyki, papier toaletowy, niepsujące się produkty spożywcze typu ryż, makaron, oliwa etc., gdyż wszystkie te dobra są na miejscu bardzo kosztowne i zaoszczędzi nam to sporo pieniędzy. Mam także ambitny plan, aby zabrać się za kiełkowanie i inne domowe uprawy, aby dalej jeść zdrowo i nie pójść przy tym z torbami (doszły nas słuchy o 17 $ za arbuza). Mam przeczucie, że powiedzenie "płacić jak za zboże" nabierze tam dla mnie bardziej dosłownego znaczenia.

Na koniec mały smaczek nawiązujący do poprzedniego posta o szocie z ludzkim palcem - cieszę się, że historia się podobała, widzę po statystykach na blogu, że jednak makabra sprzedaje się lepiej niż zdjęcia przyrody. Planując trasę robiłam listę hoteli, w których moglibyśmy się zatrzymać. Na stronie Downtown Hotel w Dawson City widnieje ogłoszenie informujące o poszukiwaniu dawców palucha do Sourtoe Cocktail. Widocznie po ostatnim incydencie postanowili zrobić zapas. Tak więc gdyby ktoś z Czytelników chciał zapisać się na kartach historii Dawson City, to teraz jest niepowtarzalna okazja. Got frostbite? 









1 komentarz: