Wyjechaliśmy z Dawson City rankiem 3 października zaopatrzywszy się w wodę i jedzienie, gdyż wiedzieliśmy, że do wieczora nie zobaczymy cywilizacji. Wjazd na Dempster Highway znajduje się około 40 km od Dawson; na rozstaju dróg straszy opuszczona stacja benzynowa i tablice informujące o braku służb ratunkowych na odcinku do granicy z Terytoriami Północno-Zachodnimi (czyli jakieś 450km bez możliwości wezwania karetki ani policji). Dzień przed wyjazdem sprawdziliśmy warunki na Dempster, upewniliśmy się, że znajdujący się w połowie drogi punkt serwisowy w Eagle Plains ma paliwo, oraz zarezerwowaliśmy skandalicznie drogi nocleg tamże. Bez wchodzenia w szczegółowe opisy, warunki na trasie podczas dwóch dni jazdy wahały się od słońca i prawie suchej nawierzchni, poprzez lód, śnieg i mgłę, a na błocie kończąc (mniej więcej w tej kolejności).
 |
| Ostatnie kilometry asfaltu |
 |
| Kto rano wstaje, ten jedzie we mgle |
Krajobrazy na Dempster Highway wgniatały w ziemię. Czasami rozglądaliśmy się dookoła i nie do końca mogliśmy uwierzyć, że jesteśmy tam naprawdę. Nigdzie na świecie (na lądzie) nie doświadczyłam takiego poczucia bycia naprawdę daleko od wszystkiego. Przed wyjazdem przeczytałam na jakimś blogu, że na tej drodze jak nigdzie indziej ma się poczucie bycia małym, nieznaczącym punktem na powierzchni kuli ziemskiej. Zdecydowanie jest coś na rzeczy.
 |
| Tombstone Mountain |
 |
| Tombstone Mountain |






Z myślą o tym odcinku naszej podróży na północ zabraliśmy ze sobą 2 zapasowe koła, gdyż wieść gminna niesie, że ostry żwir i kamienie na Dempster przeżuwają opony; internet roi się od opowieści o kierowcach, którzy zabierają ze sobą nawet po 4 zapasowe koła. Ponieważ samochód był załadowany do bólu, planowaliśmy jechać tak wolno, jak to będzie niezbędne, aby nie zostawić podwozia na jakiejś dziurze. Dodatkową motywacją do rozsądnej jazdy był fakt, że nasze pełnowymiarowe zapasowe koło i lewarek były pod podłogą bagażnika, przywalone tonami gratów (Tetris w realu - 2 dni pakowania) i zmiana koła oznaczałaby wypakowanie, a nastepnie zapakowanie wszystkiego z powrotem gdzieś na poboczu. Po drodze widzielismy więcej samochodów, niż się spodziewaliśmy (pierwszego dnia 14, drugiego nieco więcej), przy czym większość z nich stanowiły pick-upy i traktory służb drogowych, starających się na bieżąco łatać i utwardzać nawierzchnię. Przez cały czas było dość mokro, dzięki czemu samochody nie wzniecały tumanów kurzu, co jednak miało swoją cenę - prognozy drogowe ostrzegały przed miękkimi, osuwającymi się poboczami, a niektóre sekcje trasy tonęły w błocie.

Jakość drogi była zmienna: jedne odcinki były równe jak stół bilardowy, na innych musieliśmy zwalniać do 20-30km/h i jechać slalomem między głębokimi dziurami. Często nie było "dobrej" części drogi i trzeba było wybierać mniejsze zło i celować w najmniejsze dziury. Nie do przecenienia było doświadczenie Kolina w prowadzeniu samochodu w trudnych warunkach. Ja jako względnie świeży kierwoca mogę śmiało powiedzieć, że Dempster Highway była jak nauka pływania przez wrzucenie na głęboką wodę. Często nie było gdzie się zatrzymać, aby zmienić się za kierwonicą, więc w dwa dni przeszłam chrzest bojowy w jeździe po górach, śniegu i lodzie. Slalom między dziurami utrudniała często gęsta mgła, przez co nadjeżdżające samochody (również jadące najlepszą częścią drogi) było widać dopiero z bliska.


Na jednym z postojów zauważyliśmy po obu stronach drogi świeże ślady sporego niedźwiedzia, najprawdopodobniej grizzly. Z jednej strony frajda, z drugiej jednak człowiek się rozejrzy dwa razy, zanim zejdzie z drogi za potrzebą.
 |
| Ja vs. niedźwiedź |
 |
| Ślady niedźwiedzia |
 |
| Ślady zająca w dziewiczym śniegu na Oglivie Ridge |
 |
| Oglivie Ridge. Miejsce nie z tej ziemi. |
 |
| Oglivie Ridge |
Pod wieczór, przejechawszy 40km po asfalcie i 370km po żwirze, błocie i lodzie dojechaliśmy do Eagle Plains. Na punkt serwisowy standardowo składał się niewielki hotel, stacja benzynowa, warsztat i restauracja/bar. Byliśmy chyba jedynymi "cywilami" spędzającymi tam noc - oprócz nas byli sami robotnicy pracujący przy okolicznych robotach drogowych. W przedsionku przy wejściu do hotelu znajdowały się półki, na których stały rzędy ubłoconych buciorów - w środku wszyscy śmigali w skarpetach. Ściany lobby i restauracji były pokryte zwierzęcymi skórami, porożami i wypchanymi zwierzętami; na środku sali widział ogromny żyrandol z łosich rogów - trochę straszno, strochę śmieszno. Między stolikami pałętał się towarzyski kundel imieniem Hemingway, podczas gdy jego pan - jeden z robotników - jadł kolację i popijał browara. O zmierzchu wyszliśmy na zewnątrz obejrzeć spektakularny zachód słońca. Na parkingu na tyłach hotelu znaleźliśmy zamarzniętą niedźwiedzią kupę.
 |
| Zachód słońca w Eagle Plains. Fot. K. Murray |
 |
| Fot. K. Murray |
Z Eagle Plains wyruszyliśmy bladym świtem. Do przejechania mieliśmy jeszcze 270km, w tym dwie przeprawy promowe. Na naszej trasie na ten dzień leżały dwie osady, zamieszkane głównie przez Pierwsze Narody - Fort McPherson (populacja 792) i Tsiigehtchic (populacja 143). 30km za Eagle Plains przekroczyliśmy koło podbiegunowe - Dempster Highway jest jedyną drogą w Ameryce Północnej, która przecina równoleżnik 66 stopni 33 minuty N; niedługo potem zostawiliśmy za sobą granicę między Yukonem a Terytoriami Północno-Zachodnimi.
 |
| Koło podbiegunowe! |
 |
| Richardson Mountains - biało |
 |
| Przed nami Terytoria Północno - Zachodnie... |
 |
| ...a za nami Yukon |
Za przeprawą na rzece Peel zaczął się najgorszy odcinek drogi: głębokie dziury, błoto i fatalna widoczność. Po spędzeniu tygodnia w samochodzie telepanie się 20km/h będąc mniej niż 200km od celu było co najmniej frustrujące. Na niektórych odcinkach nawigowanie po drodze wymagało pracy zespołowej: Kolin wypatrywał dziur i starał się jechać po równym (albo najmniej dziurawym), ja patrzyłam do przodu i ostrzegałam go przed wynurzającymi się z gęstej mgły samochodami. Po najdłuższych kilkudziesięciu kilomentarch w naszym życiu dojechaliśmy do przeprawy promowej na rzece MacKenzie, położonej nieopodal Tsiigehtchic. Na tym etapie Jeep był już pokryty imponująco grubą warstwą gliniastego błota. Widoczność z wnętrza samochodu została ograniczona do tej części przedniej szyby, którą czyściły wycieraczki, a wysiadając należało pamiętać o zabraniu papierowych ręczników, aby móc później otworzyć drzwi od zewnątrz bez dotykania klamki.
 |
| Prom na rzece Peel |
 |
| Po lewej rzeka MacKenzie i dojazd do przeprawy promowej, po prawej Tsiigehtchic |
 |
| Ręczniczek? |
Kiedy po prawie 750km wertepów wjechaliśmy na asfaltową drogę na obrzeżach Inuviku, oboje wydaliśmy z siebie jęk ulgi i zadowolenia. Dwa dni zajęło nam doprowadzenie samochodu do stanu używalności, z wydłubywaniem błota z kół patykami włącznie. Podsumowanie tych 7 dni w drodze w jednym słowie: niesamowite. Czy zrobilibyśmy to jeszcze raz? Na pewno. Nieśmiało myślimy już o wiosennej edycji.
Powodzenia !!! M & T
OdpowiedzUsuń