Pierwsze dni w Inuviku mijają nam na szukaniu pracy i rozpoznawaniu terenu. Jest tyle rzeczy, które chciałabym zobaczyć, zrobić, sfotografować, nauczyć się, zrozumieć i najogólniej rzecz ujmując ogarnąć, że chwilami żałuję, że mogę być na raz tylko w jednym miejscu. Dlatego do postów z cyklu "jak tu jest" muszę trochę ochłonąć, ale obiecuję na dniach zacząć wrzucać zdjęcia i trochę informacji.
Dziś popołudniu dostałam od mieszkającego dwa domy dalej sąsiada wielki kawał świeżo złapanej ryby. Spokojnie wystarczy nam na dwie obfite kolacje. Jakiej ryby? Powiedział, ale zapomniałam. Smacznej. W czasie krótkiej pogawędki nad rybim korpusem, który mój rozmówca sprawnie filetował, dowiedziałam się, że na karibu najłatwiej poluje się w sierpniu i wrześniu, w okresie jesiennej migracji, że w Inuviku mieszkają aktywni wielorybnicy, mający własną bazę wypadową na wybrzeżu Oceanu Arktycznego (ok. 100 km na północ stąd), oraz że przy tych cenach żywności importowanej z południa kraju nawet "dzieciaki z Greenpeace" mają wątpliwości co do wyższości produktów z supermarketu nad mięsem lokalnie upolowanym, o jakości nie wspominając.
Co do jakości mięsa, to muszę przyznać, że lokalna dziczyzna jest znakomita. Od przyjazdu spróbowałam karibu, łosia i wołu piżmowego. Łosia jadłam już kiedyś w Norwegii w postaci łośburgera, jednak czy to ze względu na formę podania, czy przez fakt, że było to w trakcie afteru po jakimś regatowym melanżu, łośburger zapadł mi w pamięć głównie ze względu na cenę, nie smak. Za to pieczeń z łosia, którą tu jadłam, była świetna. Jedną z najpopularnieszych w tym regionie ryb jest keta, odmiana arktycznego łososia - również przepyszna. Minone dni ogólnie były kulinarną rozpustą, gdyż w weekend wypadło kanadyjskie Święto Dziękczynienia i spędziliśmy dwa ostatnie wieczory w gościach u nowo poznanych znajomych. Podczas niedzielnej kolacji, odpowiadając na standardowe pytania o "typowy polski posiłek", powiedziałam pół żartem, pół serio, że w Polsce jak człowiek nie wyjdzie ze świątecznej imprezy najedzony i napity do nieprzytomności, to znaczy, że impreza była słaba. Nasi współbiesiadnicy zgodnie stwierdzili, że pod tym względem w Inuviku będę się czuła jak w domu. Po ostatnim weekendzie nie mogę się nie zgodzić.
Historia z zafoliowanymi prosiakami w Makro (tak, staram się być na bieżąco z polskimi aferami) pokazuje, że nawet mięsożercy żyją w głębokiej hipokryzji - szok, ludzie nagle odkryli, że bekon i kabanosy miały kiedyś oczka, uszka i ryjek. Dlatego zanim ktoś mnie zlinczuje (w komentarzach lub w myślach) za zachwyty nad dziczyzną, bo polowanie to zło, niech odpowie sobie na pytanie, co jest gorsze: pojedyncze odławianie zwierzyny dla mięsa, czy tak powszechna w cywilizowanym świecie hodowla przemysłowa ze wszystkimi jej atrybutami (trzymanie zwierząt w ścisku i zamknięciu przez całe życie, sterydy, antybiotyki i cała reszta). Smacznego i dobranoc.
| Dzisiejsza kolacja - ryba od sąsiada |
Nikt Cię nie zlinczuje ;) Myślę,że z roku na rok poziom świadomości wśród wegetarian rośnie, dzięki czemu są już w stanie dostrzec bardziej wysublimowanych mięsnych eko smakoszy:) Dziękuję za informacje odnośnie wszelakich zwierzyn i zazdroszczę smakowania :) pozdrawiam!
OdpowiedzUsuń